poniedziałek, 25 stycznia 2016

Rozdział 25

       

~*~





~*~


       Czy kiedykolwiek zastanawialiście się jak to jest być zwierzęciem?  Lekcja najnudniejszego przedmiotu, skłania do myślenia i rozważania najgłupszej teorii, byle by się nie nudzić. Ratowało mnie jedynie to, że to ostatnia lekcja. A nie. Stop. Jeszcze trzeba nawiedzić Nataniela. Świat mnie wręcz ubóstwia.
        Spakowałam swoje rzeczy spokojnie do torby a następnie wyszłam z klasy. Bardzo powolnym krokiem poszłam do pokoju gospodarzy. Nie miałam ochoty tam się zjawiać, ale po przeanalizowaniu sprawy... Bardziej opłacało mi się na to iść niż mieć gorszą karę, a coś czułam, że dyrcia ma cały arsenał pomysłów na ukaranie uczniów. Zapukałam do drzwi jak etykieta nakazuje. Po uzyskaniu odpowiedzi weszłam do środka by później znaleźć się w części, gdzie jest sterta papierów do poukładania. 
- O już jesteś - usłyszałam pełen sztuczności głos Melanii. - Twoje zadanie na dziś to co wczoraj, tylko z małą różnicą. Dzisiaj zajmiesz się tymi - wskazała palcem. Dziękuję, szkoda że ty sobie pójdziesz paznokietki robić- prychnęłam jedynie w myślach, a następnie się wzięłam do roboty. Tak jak myślałam. Byłam jak tania siła robocza, bo ona przystawiała się do zapracowanego Nataniela. 
- A może jednak dałbyś radę przyjść jutro pod kawiarnie? - kątem oka spojrzałam na zarumienioną dziewczynę.
- Melanio, to urocze z twojej strony, ale nie mam czasu... - Takie urocze, że bym puściła pawia - pomyślałam. Chłopak zawsze starał się ją spławić w bardzo delikatny sposób, ale marne efekty.
- Co się gapisz? - Zapytała dziewczyna, gdy zobaczyła iż nie pracuję. Miałam ochotę jej wtedy zaśmiać się prosto w twarz, ale przecież na Angielkę nie wypada.
       Po skończonej robocie ruszyłam do biblioteki. Stwierdziłam, że zacznę czytać, a w domu nie ma ani jednej tzn. są, ale nie w moim typie lub przeczytane. Drogi tej nie znałam, bo na szybko Lysander mi ją tłumaczył. Z tego powodu też szłam ostrożnie według jego instrukcji. Niestety się zgubiłam. Podeszłam do blondynki, która tyłem do mnie szukała czegoś w torebce.
- Przepraszam bardzo...- Zaczęłam niepewnie a kobieta, a raczej dziewczyna odwróciła się do mnie. Kto nią był, aż miałam ochotę uciekać.
- Ty...! - Jej wyraz zmienił się o 360 stopni - To przez ciebie Lorenzo mnie zostawił! To twoja wina!
- Nic mu nie... - Próbowałam się jakoś obronić, ale mi  przerwała.
- Przyjaciele, tak? Przyjaciele!
- No nadal nimi jesteśmy - odpowiedziałam jej zgodnie z prawdą, ale wyglądała jakby jeszcze bardziej ją to zdenerwowało.
- Widziałam! Widziałam! Wszystko widziałam!
- Co widziałaś? - Spokojnie uniosłam do góry brew. Mój głos był nadzwyczaj spokojny, przy czym ona się na mnie wydzierała. Szacun, Shadow. Szacun
- Wy w parku! A co! Normalni przyjaciele, tak? Nie wyglądało.
- Możesz wierzyć lub...
- Nie mam powodu by ci wierzyć! Okłamałaś mnie gdy się pierwszy raz spotkałyśmy!
- Enzo i ja jesteśmy przyjaciółmi - odpowiedziałam jej.
- Na przyjaciół mi to nie wyglądało!
- Nie moja wina, że wyglądało jak wyglądało - po drugiej stronie ulicy jacyś przechodnie się zatrzymali i patrzyli na nas jak na egzotyczny okaz w zoo.
- Przyznaj się jesteś z nim - wysyczała mi prosto w twarz.
- Nie jestem.
- Kłamiesz! - chwyciła boleśnie moją rękę na co przygryzłam sobie policzek. Dzięki tej wariatce czułam metaliczny smak w ustach.
- Nie miałabym po co. Mnie i Enza nic nie łączy.
- Kochasz go!
- Puść mnie, wariatko - na to mocniej ścisnęła rękę.
- Odpowiedz mi!
- Nie! Zadowolona? - powiedziałam na 'odwal się'. Poskutkowało. Zabrała dłoń. Na mojej ręce pozostały ślady jej paznokci. Z ran leciała krew a całość ogółem piekła. Obrzuciłam ją jedynie pogardliwym spojrzeniem i odeszłam szybkim krokiem. Ze skaleczeń ciężko krzepło, dlatego zahaczyłam o aptekę. Kupiłam to co potrzebne, usiadłam na ławeczce by spokojnie sobie założyć, a dopiero weszłam do biblioteki.
       Pełno różnych książek. Tych nowych i tych starszych. Tych małych i dużych, grubych i cieniutkich. Regały- mogłabym rzec, że ich jest nieskończenie wiele. Za ladą stała staruszka, która spokojnie popijała herbatkę patrząc na czytającego chłopca, który był jedyny, prócz niej, na tej sali.
- Dzień dobry - powiedziałam. Bibliotekarka powoli podniosła na mnie wzrok.
- Jaką książeczkę? - Zapytała bardzo cichutko.
- Nie mam żadnej upatrzonej... - a wtedy kobiecie zaświeciły się oczy a może to mi się wydawało...
- A może tak Arthur Doyle? - po 30. minutowym szukaniu wyciągnęła książkę. A raczej kilka.
- No nie wiem.. - powiedziała patrząc to na mnie to na książki.
- Będą - wyszczerzyła się i wróciła na miejsce, gdzie wpisała coś do komputera. - Masz kartę przy sobie?
- Niestety nie, jestem pierwszy raz w tej bibliotece...
- To nic, zaraz wyrobimy! - Ponownie się uśmiechnęła a ja to odwzajemniłam. - Jak się dziecino nazywasz?
- Shadow Bley.
- Oryginalne imię, panienki rodzice musieli mieć piękną wyobraźnie - zaśmiała się lekko, nastomiast mój uśmiech zniknął. W moim sercu zagościło uczucie pustki połączonej z żalem.
- Zapewne tak - odpowiedziałam cicho. Podała mi książki wraz z kartą. Wzięłam je i jeszcze poprzeglądałam regały, delikatnie przesuwając dłoń po grzbietach tomów.
      Dotarłszy do domu, ściągnęłam buty wraz z kurtką. Poszłam do siebie, gdzie położyłam się i zaczęłam czytać po kolei książki, które wciągnęły mnie jak żadna inna.



****



Aż wstyd się pokazywać. Krótki rozdział po takiej przerwie...
Niestety pracowałam nad wyglądem bloga. 
Mam nadzieję, że wam się spodoba :)
Pozdrawiam :*

środa, 30 grudnia 2015

Rozdział 24

       To była chyba moja najgorsza noc w życiu. Dlaczego to się mi zdarza? Przez te kilka godzin snu, przed moimi oczami pojawiło się mnóstwo wizualizacji ze mną i Lorenzem w roli głównej. I większość była nieszczególnie wesoła. Przykładem jest myśl o kłótni. Pierwszej naszej solidnej sprzeczki, po takiej że by wyjechał i już nigdy nie powrócił, gdyż nie chciałby mnie znać. Myśl o tym, że więcej bym go nie spotkała była dobijająca, zwłaszcza po tym, jak długo się nie widzieliśmy. A może ten miesiąc miałam uznać, jako prezent od losu? Spotkanie najlepszego przyjaciela po latach. Jeśli tak miało to wyglądać, również była to dobijająca myśl. Kolejne przywiązanie się do niego i kolejna rozłąka. Leżąc na łóżku zajadając się ciastkami, myślałam jak bardzo będę gruba oraz o pocałunku. Może to był impuls? Może zakład? A może te czekoladowe 'cosie' mi pomogą, i jak się roztyje, to mu przejdzie? Jest trzecia w nocy. Wtedy człowiek najlepiej myśli. Chwyciłam za telefon, i wykręciłam numer do Lorenza.
- Shadow? - Zdziwił się. Słyszałam jak na chwile odrywa telefon od głowy - Stało się coś?
- Nie.. to znaczy tak, ugh!- W moim głosie nie potrafiłam ukryć zakłopotania.
- Boska. Powoli. O co chodzi? - Zaczęłam myśleć jak ująć wszystko w słowa. Odgarnęłam włosy z twarzy wypuszczając głośno powietrze z płuc. - Przyjść?
- Dobra.. Zapomnij..- zaczęłam się wycofywać. Dlaczego w ogóle wpadłam na pomysł dzwonienia, to aż sama się zastanawiam do dziś.
- Teraz Ci tak po prostu nie odpuszczę. Nie dzwoniłabyś tak o o trzeciej w nocy. O trzeciej to ty od dawna śpisz zazwyczaj, bo leniwa klucha jesteś. Więc? Co się stało?
- O to wczoraj... -mruknęłam po długiej ciszy.
- Wspominałem kiedyś, że nie zaliczasz się do schematu normalnej dziewczyny?
- Nie...
- Nie? - Zdziwił się - To teraz Ci to mówię. Z tego co czytałem, a dużo tego było, to dziewczyny o podobne porady dzwonią do najlepszych przyjaciółek, więc miło mi zaliczając się do tej kategorii. Shadow, mówiłem Ci, nie śpiesz się.
- Założyłeś się z kimś? - Wypaliłam. Trapiło mnie to, a w dzisiejszych czasach to różnie bywa.
- Co...? Czekaj.. Co?! Zwariowałaś?!
- Albo to był impuls...
- To znaczy, że bez zastanowienia zrobiłem coś, co zrobić chciałem już jakiś czas..?
- Wybacz, że dzwoniłam - na mojej twarzy zakwitły rumieńce. Po prostu się zmieszałam. Nawet nie wiem po co dzwoniłam...
- Rozmowa z tobą to sama przyjemność.
- Zapomnij o tym telefonie. Śpij dobrze.
- Jak sobie życzysz. Ty też idź spać. Dobranoc Boska.
- Gdybym mogła - mruknęłam.
- To ja ciebie proszę, spróbuj.
- Nie dzwoniłabym do ciebie w środku nocy, by powiedzieć, że to tylko koszmar!
- Shadow spokojnie. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Gdyby, miał to wszystko gdzieś, dawno bym się rozłączył.
- Zapomniałam, że to dla ciebie norma. Przecież nie pierwszą mnie całowałeś, chyba faktycznie powinnam zadzwonić do przyjaciółki- powiedziałam z wyrzutem. Byłam okropne rozżalona.
-  Nie Shadow. Nie jest dla mnie normą, całować najlepsze przyjaciółki, które kocham. To wcale nie jest dla mnie normą, ani nie mam w tym wprawy.
- Ale wiesz, jest mały szczegół. Równie ważna była dla mnie wczorajsza noc,bo był on moim pierwszym, ale co to cię mogło obchodzić? Chyba tyle co Kasa, jak był pijany i mnie cmoknął będąc z moją przyjaciółką.
- Tak się składa, że dużo mnie to obchodzi.
- Widzę - mruknęłam do słuchawki podkurczając nogi. Nadciągała tak okropna kłótnia, której się tak bałam.
- Serio chcesz się o to kłócić - tutaj zatrzymałam się i najzwyczajniej przemilczałam. - To w tej właśnie chwili robimy to i o coś co nie miało miejsce, bo tak sie składa, że bardzo mnie obchodzi to co sądzisz, czujesz i co się z tobą dzieje, a to że ty sądzisz inaczej, nic na to nie poradzę.
- Masz rację, nie poradzisz. Choć myślałam, że mnie zrozumiesz. Myliłam się. Zapomnij o wszystkim. - rozłączyłam się. Poczułam pod powiekami słone łzy. Masz Shadow na własne życzenie nawiasem przez swoje słowa. Nie pozwoliłam im wypłynąć. Wiedziałam, że zawaliłam, zawaliłam całość. Jestem pokręcona w złym sensie. Otworzyłam okno i usiadłam na parapecie wpatrując się w pełnie księżyca.  Wszystko widzisz. Już pewnie nie jedne podobne sytuacje widziałeś, co? Doradź jakoś. Cokolwiek. Bo coś czuję, że to wszystko mnie przerośnie..
       Około 6, nie zmrużając ani trochę oka zadzwoniłam do Rozalii. Musiałam z kimś pogadać, z kimś kto w jakiś sposób mi pomoże lub bynajmniej da mi porządnego kopa w tyłek, bo co jak co, ale tego czasami potrzebuję.
- Komu zawdzięczam worki pod oczami? - Mruknęła do telefonu po odebraniu zaspana.
- Przyjdź... Proszę- powiedziałam błagalnym tonem
- Shadow? Co się stało?
- Proszę.
- Pewnie, zaraz będę - Rozłączyłam się i czekałam na dole siedząc na schodach. Czułam się jak struty szczur, który nic nie jest wartościowy. Teraz nie ma co opowiadać, cóż. Białowłosa po 20 minutach po prostu weszła do domu. Od razu zabrałam ją na górę, gdzie łzy zaczęły lać mi się po policzkach. Tak bardzo nie wiedziałam co zrobić, a niewiedza zagrała na moich uczuciach.
-Ejejej, Shadow - Przytuliła mnie - Co jest?
      Usiadłyśmy na moim łóżku i zaczęłam tłumaczyć co i jak. Powoli. Wyraźnie. Tak by mnie zrozumiała.
- Shadow, to było oczywiste prędzej czy później, aż się dziwię, że później...
- To był mój przyjaciel. Nie myślałam w kategorii chłopaka.
- A co o nieznajomym, albo zwykłym kimś byś miała tak myśleć? Przykład z galerii. Do zwykłej dziewczyny się tak nie zwraca. Obydwoje byliście jak takie dzieci we mgle i całkiem zapominaliście o mojej obecności. Ale te dzieci widzę, aż tak ślepe, że nic nie widziały.
- My tak zawsze, Roza - starałam się jej wytłumaczyć.
- Aż tak długo? - zdziwiła się.
- Znamy się od dziecka...
- A co to oznacza?
- Że zachowujemy się jak rodzeństwo.
- Nie. Że na przykład już od dawna coś?
- Sześć lat się nie widzieliśmy.
- Shadow, psychologiem nie jestem, ale po takiej rozłące jest się sobie jeszcze bliższym - wtedy zaczęłam tłumaczyć jak na niego dzisiaj wyjechałam. Chwile się zastanawiała co powiedzieć, aż w końcu się odezwała. - jesteście niemożliwi... Oboje.
      Później poszłyśmy razem do szkoły zawzięcie dyskutując.  Pierwsza lekcja i co mamy? Kochaną biologię! Zachciało mi się lekarzem być. Ech...  Z miną skazańca usiadłam w ławce. Samotnej. Odosobnionej na samym końcu. Po chwili klasa zaczęła zajmować pozostałe miejsca. Siedziałam bazgrając coś w marginesie, aż nie poczułam dźgania ze strony Kastiela, który swoją drogą oderwał mnie od swojego świata. Spojrzałam na niego zawistnym wzrokiem, ale ten, ku mojemu zdziwieniu kiwnął na przód głową, więc tam zwróciłam wzrok. Od razu tego pożałowałam. Nauczycielka od mojego kochanego przedmiotu wlepiała swój ostry wzrok właśnie we mnie.
- Bley. Potrafisz powtórzyć ostatnie trzy zdania w tym pytania? - zapytała pozornie spokojnym głosem.
- Nie wiem psze pani. Nie słuchałam praktycznie w ogóle dzisiejszej lekcji - odpowiedziałam obojętnym głosem.
- Więc skupisz swoją i pójdziesz do pani dyrektor, która odpowiednio cię ukarze - usłyszałam. Bez zbędnego wykłócania się, które nic nie da wzięłam swoje rzeczy. Kierując się ku wyjściu z klasy słyszałam jak Kastiel wykłóca się z nauczycielką, ale ona, przyzwyczajona do tego postanowiła dalej prowadzić lekcje nie przejmując się mną ani chłopakiem.
       Po wyjściu z klasy grzecznie poszłam do kochanej pani dyrektor. Widząc jej gabinecik, bo tylko tak można nazwa tą małą kitkę z biedym szczurem w środku. Aż zachciało mi się wymiotować. Wysłuchałam wszystko spokojnie, do czasu.
- W ramach kary pomożesz Natanielowi i Melanii układać wszystko w pokoju gospodarzy.
- Co?! - Wspominałam coś, że dyrka mnie nie bardzo od jakiegoś czasu lubi? I po tym moim wrzasku usłyszałam, że mam natychmiast wyjść oraz pójść na karę, którą mam odbyć cały tydzień. Fajnie.
       Gdy zrobiłam to, co miałam zrobić, bo 'wielki Nataniel obrażony blondas' dał mi zajęcie, wyszłam natychmiast. Ruszyłam w stronę parku z zaciągniętym kapturem. Przez karę zleciały mi lekcje i zostałam dłużej. Nieźle. A na dodatek tego zobaczyłam w oddali Enza wraz z tą wiewiórą, która chamsko wyrwała mnie z mojego światu dla poczwary z biologi. Usiadłam pod moim ulubionym dębem, który był na moje nieszczęście koło chłopaków.
- Co zrobiłeś?!
- No to co słyszysz!
- I ja sie dopiero dowiaduje?! I ty śmiesz się nazywać moim przyjacielem - Prychnął czerwonowłosy
- A co? Może miałem od razu do Ciebie zadzwonić plotkareczko?
- Może byś chociaż dupku zmądrzał!
- Słucham?!
- To co słyszysz.
- Szybciej by mi się mózg zlansował!
- On już jest zepsuty! Z resztą i tak jesteś idiotą.
- Nie większym niż ty!
- Do kobiety tak, serio tak Ci Danielka popsuła szare komórki?
- Dobra! Zadzwonię do Ciebie o trzeciej w nocy i ciekawe czy zastanawiałbyś się nad tym co mówisz! - Co jak co, ale podsłuchiwać, nigdy się nie powinno. Wstałam. Dla mnie to było wystarczająco dużo, z resztą nie powinnam w ogóle tego słuchać. Poprawiłam kaptur wkładając ręce do kieszeni spodni. Na moje nieszczęście zawiał mocny wiatr i zdmuchnął kaptur oraz rozdmuchał moje loki. Natychmiast zaczęłam biec ponownie zakładając. Słyszałam jeszcze jak zaklnęli pod nosem, jednak nie zatrzymywałam się nawet kiedy zawołali mnie, żebym poczekała. Przyspieszyłam, co nie skończyło się dla mnie fajnie, gdyż do łapał mnie wielki kaszel.
- Shadow to nie tak! Zaczekaj! - Ruszył za mną. Stałam oparta na kolanach łapiąc oddech.
- Shadow - Dogonił mnie i stanął przede mną, zagradzając dalszą drogę - Wszystko w porządku? - Kiwnęłam głową jeszcze chwilę się dusząc. Ten podprowadził mnie do ławki, żeby usiadła i odpoczęła. Po paru minutach moje serce biło w normalnym, choć nieco szybszym tępie.
- Shadow to nie tak... - Zaczął się tłumaczyć.
- Muszę wracać...
- Shadow - zatrzymał mnie. Spojrzałam na niego bezuczuciowym wzrokiem, - Nie chcę wymuszać tej rozmowy, ale jak nie porozmawiamy nie wyjaśnię Ci tego i tak pozostanie..
- Mi chyba nie masz czego...
- To, co przed chwilą słyszałaś...
- To twoja rozmowa, której nie powinnam słyszeć.
- Ale słyszałaś - zamilkłam.
-Wtedy jak dzwoniłaś.. To nie tak, że nie zastanawiałem się tylko paplałem od rzeczy, tylko nie zastanawiałem się nad tym co powinienem tylko nad tym co chciałem powiedzieć. Nie kłamałem, tego możesz być pewna - nie potrafiłam nic mu odpowiedzieć prócz pokiwania głową. - Proszę cię, powiedz coś.
- Nie wiem co powiedzieć. Sama tą kłótnię wywołałam, bo potrzebowałam pogadać, ale zapomiałam, że to ty jesteś tą drugą stroną. - Westchnął jedynie. A ja poczułam się głupio. Nawet bardzo, ale nawet nie chcę się nad tym rozwodzić.
- Mówiłaś, że się śpieszysz. Odprowadzić Cię?
- Sama dotrę jasno jest.
- Na pewno? - pokiwałam głową.
- No to... - Podniósł się z ławki - Do zobaczenie - Przytulił mnie. Byłam zaskoczona tym gestem. Z początku stałam oniemiała, lecz w krótce moje ciało się schowało w jego ramionach, a ja czułam jakbym nie miała nad tym wszystkim kontroli. Kiedy to uczyniłam Enzo szczelnie zamknął mnie w ramionach. Przymknęłam oczy nieświadomie tonąc w chwili. I pomyśleć, że jeszcze chwilę temu od niego uciekałam.
- Dlaczego to takie cholernie ciężkie?- westchnęłam nieświadomie na głos. Na szczęście tego nie dosłyszał, albo nie chcąc mnie dobijać nie skomentował.  - Przepraszam muszę na prawdę iść - odsunęłam się.
- Pewnie, już Cię nie zatrzymuje.. Cześć...
- Pa... - Odeszłam. Po prostu. Bez patrzenia w jego zagłębiające oczy...


****

Napisałam! Z pomocą kochanej osóbki.
Szczęśliwego nowego roku, jakby nowy post się nie ukazał <3!

Pozdrowionka! 






CZYTASZ = KOMENTUJ!

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 23

       Obudziłam się nabuzowana pozytywną energią. Jako, iż gramy koncert, pani dyrektor bardzo (nie)chętnie nas zwolniła z lekcji. Z rana poszłam do łazienki. Umyłam swoje długie brązowe włosy i wzięłam szybki prysznic. Normalnie dzisiaj, jak nie ja, założyłam maseczkę na moją twarz. Gdy z nią siedziałam dostałam oznajmienie Rozalii, że została w domu, tylko po to by mnie wystroić. A po co mam się stroić. Nie mam dla kogo, nawet nie wiem czy chcę kogoś mieć by, więc o czym my tu rozmawiamy. Po dwudziestu minutach poszłam zmyć to, a następnie ruszyłam swoje kończyny na dół, do kuchni. Mary nie było, jak zwykle. Zrobiłam sobie śniadanie wcale się nie spiesząc. Na spokojnie je zjadłam rozmyślając. Nieświadomie stukałam palcami o blat, ale jakoś mi to w niczym nie przeszkadzało. Poskładałam po sobie i wróciłam do pokoju, gdzie kontynuowałam swoje spa...
        Równo o 13 usłyszałam dzwonek do drzwi. Leniwym krokiem poszłam je otworzyć. Za nimi stał, nie kto inny jak Rozalia, a uśmiech, jak zwykle miała od ucha do ucha. Przepuściłam ją w drzwiach.
- Jak humorek i nastawienie? - Zapytała zaciekawiona.
- Cudownie. Jestem bardzo podekscytowana...
- To dobrze. Ej, zaraz - chwyciła moją twarz miażdżąc policzki - oczyszczałaś ją.
- O czym ty mówisz? - powiedziałam sepleniąc z zmarszczonymi brwiami.
- Jak to co! Tą śliczną buzie! Teraz jeszcze śliczniejsza - puściła mnie a ja rozmasowywałam obolałą twarz.
- Dzięki Roza... - Mruknęłam jedynie.
- Ojeju! Mamy tak mało czasu! Chodźmy! - Pociągnęła mnie na górę do pokoju i zaczęło się.
       Zajęło jej ' robienie mnie na bóstwo'  dwie godziny. O dwie za dużo. Ciągle latały ubrania, buty, szminki, cienie. Sama nawet nie mogłam stwierdzić co za którymś razem leciało. Po skończonej robocie kazała mi się okręcić  dookoła.
- Gdybym była facetem, już byś była naga - zaśmiała się unosząc śmiesznie brwi.
- A idź ty zboczeńcu! Nie mam dla kogo.
- Właśnie! Dlatego trzeba cię wystroić, by było dla kogo - wyszczerzyła się.
- Nie mam już do Ciebie siły - westchnęłam siadając na łóżku, lecz zaraz usłyszałam krzyk:
- Nie siadaj! Głupia jesteś? Pomnie sie! - Rozalia pociągnęła mnie do siebie .
- To co mam stać? Jak buty ubiorę? - Prychnęłam pod nosem. Kucnęła z moimi butami przede mną.
- Podnoś nogę.
- Co?
- To co słyszałaś. Podnoś...
- Jesteś moją przyjaciółką, nie...
- Wkurzasz mnie - sama zaczęła dosłownie wciskać moją nogę w but. Wywracając oczami, pomogłam jej. Wiedziałam, że to uparte, ale nie że aż tak. Po chwili byłam na szczudłach, potocznie zwanymi obcasami.
- Zabiję się... - jęknęłam.
- Dlatego przyszłam wcześniej. Uczymy się od nowa chodzić - zaśmiała się. I miała całkowicie racje. Trzymając mnie za rękę uczyła jak stawiać kroki, by były lekkie i z gracją. Było to czasochłonne, lecz po 30 minutach chodziłam bez problemów, lecz nadal niepewnym krokiem. Jak to Rozalia powiedziała " Nie wypuszczę Cię z domu, dopóki się nie nauczysz perfekcyjnie chodzić".  Bardziej męczącej rzeczy ostatnimi czasy, chyba nie było. Gdy tylko pozwoliła mi przebrać, normalnie skakałam ze szczęścia.
        - No rusz tą tłustą dupę! Zaraz zaczynacie próbę, a ciebie tam nawet na miejscu nie ma! - Mówiła Rozalia biegnąc w stronę wyznaczonego miejsca.
- Jeju... Narzekasz. Jesteśmy już na miejscu - powiedziałam idąc.
- Tak, tak. Chodź - pociągnęła mnie zmuszając do biegu. Po paru minut byłyśmy na miejscu. Oczywiście przez białowłosą zwróciłyśmy na siebie uwagę. Pierwsze co mnie przywitało to gwizd Kastiela.
- Bogini nam tu przybyła! - powiedział Rick śmiejąc się.
- Tak, tak. Gramy - powiedziałam wchodząc na scenę przeglądając nuty na stelażu - Ej... Ja oddałam te nuty - pomachałam tekstem od piosenki, do której mnie zmuszono.
- Postanowiliśmy, że śpiewasz
- A moje zdanie?
- To dla ciebie szansa, Shadow - powiedział Lys swoim spokojnym głosem - Jak chcesz to chętnie możesz ze mną pośpiew...
- Nie czy chce, tylko że śpiewa - wtrącili się pozostali
- Dobra, dobra. Więc zaczynajmy - mruknęłam. Chłopcy zajęli miejsce i ostatnie rozśpiewanie uznaję za rozpoczęte.
       Jazgot reflektorów, oszalały tłum śpiewający razem z nami. Nigdy nie sądziłabym, że chłopaki są tak rozpoznawalni w tym mieście. Potrafili idealnie się porozumieć z odbiorcami ich  tekstu. Śpiewanie z Lysandrem było niezapomnianym przeżyciem, aż pora przyszła na moją piosenkę. Co tu  dużo mówić, zjadł mnie stres i zaczęłam śpiewać w innej tonacji. Chłopaki widząc to uratowali mi tyłek i sami zaczęli grać pod moje śpiewanie. Byłam za to im dozgonnie wdzięczna.
Wyśpiewywaliśmy, wygrywaliśmy ostatnie dźwięki. Czułam jak hormon szczęścia buzuje w moich żyłach. Stanęliśmy w jednym rzędzie i się skłoniliśmy. Zeszliśmy ze sceny po kolei a już ktoś po nas wszedł.
- To było...
- Niesamowite? Owszem - zaśmiał się Rick dokańczając  moje zdanie. - Każdy z nasz to przeżył.
- Ech - westchnęłam z szerokim uśmiechem.
- To chodź stary, idziemy opić - z szerokim uśmiechem objął Kasa - a ty rudy stawiasz.
- Śmierdzisz - odepchnął go i ubrał swoją kurtkę. A następnie z śmiejącym się pod nosem Rickiem wyszli. Skierowałam swoje kroki do schodów na dół, prowadzące do garderoby, gdzie mogliśmy pozostawić swoje rzeczy. Skończyło się na tym, że tylko ja je tam zostawiłam i Lysander, który nawiasem gdzieś zniknął. Schodziłam schód po schodzie, lecz niefortunnie postawiłam nogę. Poleciałam na "szczupaka, pieska, na twarz ect. " Przygotowywałam się na bliskie spotkanie z matką naturą, lecz nie poczułam zimnej powierzchni, ale zamiast tego czyjeś ramiona, które miały refleks. Spojrzałam w górę na mojego wybawce.
- Dziękuję - szepnęłam cicho. Nawet nie wiedząc kiedy nasze usta się zetknęły. Z początku było to niewielkie, nic nieznaczące cmoknięcie, lecz w ponownym połączeniu wyszedł pocałunek. Czując jego chłodne wargi na swoich doznałam  gdzieś te motylki. Położyłam swoje ręce na szyi, jedną ręką wplątując w jego gęste i puszyste włosy. Sama czułam jego dokładnie przylegające dłonie na mojej talii, które dociskały do drugiego ciała, jakby bały się, że zaraz ucieknę. Mój umysł był oczyszczony z całkowitych myśli - tych złych i dobrych, a liczyła się teraz ta chwila. Niewidocznie pogłębił pocałunek lekko mnie przechylając do tyłu, ale mimo to czułam się bezpiecznie w jego ramionach. Jednak nie można rzec iż byłam obojętna. Moje ciało oddało się swojemu rytmowi, który był nieosiągalny i niekontrolowany przez innych. Serce biło mi w oszalałym tempie, a chwila zdawała się nie mieć końca. Oderwały się niepewnie biorąc łapczywie powietrze. Nawet nie wiedząc dlaczego odczułam niedosyt. Sama złączyłam je ponownie mocno na nie napierając. Chłopak czując emocje zaczął podobnie oddawać pocałunek, aż się całkowicie odsunęliśmy. Spojrzałam w jego ciemne oczy, który patrzyły na mnie z pewną iskierką. To był mój pierwszy w życiu pocałunek i nigdy bym nie sądziła, że nastąpi on dzisiaj, z tą właśnie osobą. Dotknęłam jego policzka najdelikatniej jak potrafiłam, jakby był on z bardzo kruchego szkła. Dopiero wtedy zaczęły mnie nachodzić różne myśli. Nie odzywaliśmy się do siebie jakiś czas, dokładnie nikt nie wie. Patrzyliśmy sobie w oczy do czasu aż trącnął mnie swoim nosem.
- Lorenzo... - Szepnęłam, tak jakby ktoś jeszcze nas był, a chciałabym by te słowa dotarły tylko do niego.
- Tak wiem... Nie powinienem... - Usłyszałam od niego w odpowiedzi. Moje serce biło tak szybko, że miałam wrażenie, iż zaraz wyskoczy.
- Ja chciałam, lecz co teraz? - Właśnie, i to było dobre pytanie - dopowiedziałam sobie w myślach patrząc na jego oczy.
- A co chcesz, żeby było? Z mojej strony, wcale tego nie żałuję i bez wahania zrobiłbym to ponownie - nie odrywając ode mnie wzroku delikatnie pogładził mój policzek - Ale jeśli będzie trzeba, to zaczekam tak długo, jak trzeba - nie wiedziałam co zrobić. Przymknęłam oczy wtulając się w jego dużą dłoń, lecz otworzyłam je biorąc w między czasie głęboki wdech.
- Jesteśmy przyjaciółmi, to znaczy nie wiem czy nadal tak jest...
- Zawsze nimi będziemy. Pamiętasz? - Jego uśmiech się minimalnie poszerzył.
- Muszę przemyśleć... - Jedynie to potrafiłam wykrztusić.
- Tyle czasu czekałem, więc mogę jeszcze. Nie śpiesz sie - trącił mnie swoim nosem. Wtedy usłyszałam kroki, więc się odsunęłam. Po paru sekundach był przede mną Lysander, z pewnym pytaniem. Gdy już sobie wymyśliliśmy, pożegnał się i wyszedł a ja zabrałam swoją kurtkę. Ubrałam ją z zamiarem wyjścia.
       - Shadow - Mogłam usłyszeć, po wyjściu z budynku. Odruchowo spojrzałam za siebie. Był to Enzo, który do mnie podszedł
- Nie wystraszyłem cię? - Pokiwałam przecząco głową na to.
- To dobrze - Uśmiechnął się - Mógłbym Cię odprowadzić?
- Tak - powiedziałam cicho kopiąc kamyk nawet nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Kiedy ukradkiem na niego zerknęłam, patrzył przed siebie. Szliśmy obok siebie w bezpiecznej odległości. Zawiał mocniejszy wiatr, a żę sukienka wiele nie daje zakryłam się szczelniej kurtką. Spojrzał na mnie. Zdjął kurtke i zarzucił na moje ramiona przygniatając ranieniem.
- Chodź, zmarzlaku.
- Dziękuję - powiedziałam cicho okrywając się jego okryciem - Ale co z tobą? - Odezwało się moje sumienie.
- Ale co? - Spojrzał na mnie zdziwiony
- Czy ci nie będzie zimno.
- Przecież gorący chłopak jestem -zaśmiał się, kolejny raz niszcząc mi fryzurę.
- Ej! Zostaw - pacnęłam jego rękę od mojej głowy.
- Ej no! - Jęknął
- Hm?
- No.... Ten...No!
       Po kilkunastu minutach staliśmy już pod domem - Dziękuję za kurtkę - powiedziałam wciskając ją mu w ręce by jak najszybciej znaleźć się w domu.
- Dobranoc - Posłał mi lekki uśmiech
- Pa.. - powiedziałam naciskając klamkę z nikłym uśmiechem. Weszłam do domu, a on jednak był tam jeszcze do momentu zamknięcia drzwi, a dalsze jego poczynania były mi nieznane. Ściągnęłam buty a obok nich położyłam swoje trampki. Po chwili dołączyła do mnie w korytarzu Titi.
- Jak było? - Zapytała.- Daliście czadu - dodała z uśmiechem.
- Byłaś? - uniosłam zdziwiona brew.
- Jak mogłabym nie być na twoim koncercie? Od momentu zobaczenia cię, wiedziałam, że jesteś taką zdolniachą - zaśmiała się.
- Zaraz tam zdolniachą...- odpowiedziałam jej - Super było. Niezapomniane przeżycie.
- Zakładam, że zostanie do końca dni?
- Dokładnie.
- Jesteś głodna? Jest kolacja... - Gdy ona mówiła byłam w trakcie iścia na górę, więc podeszłam do niej.
- Dziękuję, ale nie jestem głodna - ona raczej skupiła uwagę na czymś innym.
- Masz rozmazaną... - powiedziała i dopiero zrozumiałam, gdzie jej wzrok pada.
- Przecierałam się. Jestem zmęczona, mogę się iść położyć? - Prawda była zupełnie inna, lecz nie miałam jej ochoty mówić o pocałunku z Lorenzem.
- Jasne - nieufnie na mnie spojrzała - Dobranoc, słońce - powiedziała i wróciła do swoich zajęć a ja do siebie, zamykając drzwi.
       Stałam przed lustrem zmywając makijaż. Nie wiedziałam co myśleć. Moją głowę zaprzątała sprawa z Enzem. Może i nie widzieliśmy się kawał czasu, ale się bardzo długo przyjaźniliśmy. Do dziś pamiętam, jak wszystkim mówiłam, że nic mnie i jego nie łączy, a teraz? Przez ten pocałunek nie jestem wstanie realnie myśleć o nas. Nie wiem czy to przyjaźń, czy friendzone?  Z bruneta słów mogłam wywnioskować, że nie chce być " tylko moim przyjacielem'' Lecz co mam zrobić, skoro sama nie jestem pewna swoich.
       Wskoczyłam pod prysznic, w którym spędziłam około godziny czasu, próbując zszorować całe te dziwne uczucie i swoje problemy. Zawinięta i pachnąca położyłam się w cieplusim łóżeczku pod kochaną moją koleżankę - tak zwaną 'pierzynkę' Opatuliłam się szczelnie i wtuliłam w nią twarz, starając się zasnąć, lecz nadal myśli mi chodzą po głowie. ' Co teraz?' Pomyślałam jeszcze i mocno starałam się oddać w ręce Morfeusza


****

Dzień Doberek! 
Emi was wita na tym zacnym rozdziale. Dzisiaj dużo tekstu, bno dzisiaj dużo się działo,
więc mam nadzieję, że Wam się spodoba,
i w jakiś sposób Was zaskoczyłam :D!

~Emily; Daughter Shadow (E.Y. B)

Pozdrowionka!




Czytasz? = Komentuj!

niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 22

        Ostatnia próba przed koncertem już w miejscu koncertu. Ja, Rick i Lysander czekaliśmy na Kastiela, który pojechał po swoją gitarę. Siedziałam na zgaszonym wzmacniaczu obserwując krzątających się ludzi. Niektórzy dekorowali scenę, inni walczyli z kablami. Zapewne praca do najprostszych nie należała, aczkolwiek- jak myślę napędzała ich pozytywna energia.
- No gdzie ten pacan jest? - Mruknął wyraźnie znudzony Richard stukając pałeczkami o kolana.
- Nas nie pytaj, wiemy tyle samo co ty - burknęłam mu w odpowiedzi. Ta ruda małpa była po tą gitarę ponad półtorej godziny. Nie dziwiłam się  chłopakom, że są znudzeni i zdenerwowani.
- Miał być dwadzieścia minut temu! - Odłożył pałeczki i wstał - Lysander, znasz jakiś sposób, by ta nuda poszła w las? - Zapytał z iskierkami nadziei oczy.
- Hm... - Zamyślił się przybierając pozę myśliciela. Po chwili odwiesił się i powiedział - Nasze dziewczę nam coś zaśpiewa... Nawet mam pewien utwór.
- Lysander, nie. Błagam - od razu zaprzeczyłam.
- Ale ja chcę cię usłyszeć! Skoro buzie masz ładną, to głos pewnie też - wyszczerzył się głupkowato.
- Yhym. Dziecko, żyjmy realizmem.
- Yhym. Dziecko, jestem starszy.
- Czepiasz się szczegółów - powiedziałam, lecz nasz mądry dialog przerwał głos Lysa.
- Proszę Shadow - wzięłam od niego plik kartek. No chyba ich powaliło.
- Ale tylko dla was, dla rozgrzewki? - W odpowiedzi skinęli głowami. Wzięłam nie pewnie tekst, kładąc go na stelażu. Melodia nie zawiła, lecz nieznana mi. Powoli zaczęłam wygrywać dźwięki. Moje długie palce sunęły po czarno-białej klawiaturze. Najpierw to powoli przegrałam. Musiałam przyznać, kawałek mi pod pasował. Drugi raz zagrałam, już pewniej. Teraz przeczytałam tekst i nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać. - Kto ten tekst wymyślił?
- Taka jedna była Kasa. Jedyna piosenka damska. Śpiewaj - ponaglił mnie perkusista. Zaczęłam grać a po chwili zaczęłam śpiewać. Piosenka miała moim tekst słaby i dość wulgarny, co można zauważyć przy pierwszej zwrotce.
- Właśnie się przyznałaś, że jesteś tytułową Bad Girl? - Powiedział wyszczerzony Kastiel, który wchodził na scenę.
- Chciałbyś. Gdzie tyle byłeś? - Fuknęłam zła.
- Shadow... Będzie nam się później tłumaczyć, grajmy... - Lysander miał rację, dlatego zamilkłam. Gdy tylko rozstawił zaczęła się próba...
       Po wyczerpującej próbie, całą grupą poszliśmy coś przekąsić. Padło na knajpę z podobno dobrą pizzą. Pomimo moich oporów, chłopcy wmusili we mnie aż cztery kawałki.
- Zaraz umrę... - Powiedziałam bekając- Przepraszam, ale to przez was...
- Luzik - odezwał się Kastiel popijając piwo.
- Dałaś mi wenę! - Powiedział Richard inteligentnym tonem.
- To nie wróży nic dobrego.
- Nasze toki myślenia są podobne - dodał od siebie Lysander.
- Dobra, dobra lamusy. Kto najgłośniej beknie. Przegrany stawia po koncercie kolejkę, pasuje? - Wyszczerzył się głupkowato, a ja strzeliłam facepalm'a.
- Jak dzie...
- Wchodzę w to - przerwał mi rudy osobnik. Podali sobie ręce i zaczęło się.
- Może by tak się wymknąć? - Zapytałam konspiracyjnym szeptem białowłosego.
- Shadow, nie wypada, ale odszedł bym - westchnęłam i oparłam rękę o stół później kładąc głowę na niej.
       Chłopaki nie dali. Dwa uparte charaktery na zmianę bekały coraz głośniej, aż sama zaczęłam przysypiać na tej ręce. Lysander zmył się pod pretekstem wyjścia gdzieś i zostałam sama. Niespodziewanie zostałam podciągnięta do góry, a później ktoś mnie podniósł.
- Co ty odwalasz? - Odpowiedziałam zaspana ziewając.
- Wygrałem! - Powiedział dumny Rick. Przetarłam oczy i poprawiłam włosy.
- Postaw mnie, i cieszę się, że utarłeś nosa temu rudzielcowi.
- Spiski... - Mruknął Kas, a chłopak trzymający mnie odstawił. Dopili wspólnie piwo i wyszliśmy. - Skoro już wyszliśmy, to ja idę od was - zaczął od odchodzić. Rick zaczął się dziwnie psychicznie śmiać.
- Chodźmy. Bądźmy psychiczni razem - zaśmiałam się zarzucając na niego rękę ruszyliśmy w kierunku mojego domu.
       Odprowadził mnie pod same drzwi. Podziękowałam mu grzecznie za odprowadzenie.
- Za dziękuję, kowal konia nie okuje... - odpowiedział z cwanym uśmieszkiem. Kolejny Kastiel? A dobra niech stracę - Pomyślałam i zbliżyłam usta do jego policzka, a on zaczął przekręcać głowę. Czy oni wszyscy mają wybujałą wyobraźnie? Zakryłam usta rękami, na co on się zaśmiał
- Oj Shadow, nawet nie wiesz jakbym dostał, gdybym cię tknął. Dwa znajomi, nawet przyjaciele się nie całują, nie? - Wybuchł śmiechem i mnie potargał po włosach
- A idź ty, żyję ze zboczeńcami do potęgi x. Nie wiem nawet w którym momencie jeden mnie zgwałci - zażartowałam.
- Wzrokiem, chyba każdy. Ale zołzowata jesteś.. Pa- nim usłyszał odpowiedź odszedł.
- Ejejej! Wracaj! - krzyknęłam, lecz ten jedynie będąc tyłem do mnie pomachał. Jeden lepszy od drugiego...
       Z uniesionymi kącikami ust weszłam do domu. Ściągnęłam buty i ruszyłam na górę. Rzuciłam się na łóżko. Moje włosy, żyjące własnym życiem, rozlazły się na każdą stronę, a ja patrzyłam się w sufit z wielkim bananem na ustach.
- Koncert, tylko on mnie wzywa...




****
Salut moje babies! 
Dzisiaj rozdzialik, tak na szybko, bo już się biorę za kolejny, który nie będzie już tak nudny.
Parę ogłoszonek.
Informacje odnośnie rozdziałów, można znaleźć tam>>>,
terminy będą nieregularne, ponieważ teraz dużo popraw, wyciąganie ocen... A moja matematyka woła o pomstę do nieba.
Wszystkich czytające to "coś", zapraszam do dodania się do obserwatorów i komentowania.

~Daughter ( Emily) Shadow ( E.Y.B)


poniedziałek, 23 listopada 2015

Rozdział 21

      Po jakże miłej pobudce szybko musiałam się zebrać, gdyż oczywiście prawie się spóźniłam na zakupy z Rozalią. Na szczęście się pośpieszyłam i zdążyłam w ostatniej minucie. Wolę nie myśleć co by było jakbym się spóźniła.
- To gdzie najpierw chcesz iść?
- Najpierw idziemy po tą sukienkę co sobie ostatnio wypatrzyłam. A bo ja ci o niej nie wspominałam. Taka boska rozumiesz, biała rozkloszowana. A potem idziemy po tą co tobie wybrałam - ciągnęła mnie w stronę sklepu ciągle nawijając.
- Okej, ale mi po co? - Jęknęłam idąc za nią.
- Bo cię w nich nie widuję, a powinnam. A tak w ogóle to musimy kupić po jeszcze jednej na koncert...
- Idę w spodniach na koncert. To raz. Dwa, nie jest to mój styl. Moje nogi się do nich nie nadają - próbowałam się w jakiś sposób wykręcić.
- No to będą nadawać. Nie idziesz w żadnych spodniach i koniec. Kropka.
- Ale...
- Żadne ale! - Weszłyśmy do sklepu.
        Typowy damski sklep z odzieżą w całej gamie kolorów, z przeróżnymi rodzajami materiału. Sklep jak sklep, który pachniał nowością oraz był przepełniony wielką ilością kobiet, przez co było z lekka dusznawo i chciałam jak najszybciej wyjść.
- Czym zawiniłam? - Mruknęłam pod nosem idąc za nią. Roza jednak nic nie odpowiedziała i szukała wzrokiem czegoś, po czym zaczęła ciągnąć mnie w jakimś kierunku. Mrucząc pod nosem wzrokiem oglądałam te kolorowe ubrania. Białowłosa wcisnęła mi sukienkę w ręce. Westchnęłam i trzymałam rzecz, a dziewczyna przyglądała mi się wyczekująco.
- Ona nie jest biała- stwierdziłam po chwili.
- Serio? - Odparła jakby to była oczywistość.
- No, to po co mi ją dałaś?
- Idź ją przymierzyć.
- No chyba ciebie powaliło - stwierdziłam robiąc wielkie oczy.
- Raczej nie - zaczęła mnie prowadzić do przebieralni, która utrzymana była w jasnych kolorach sklepu a zasłonka bordowa.
- Nie...
- Nie wyjdziemy z tego sklepu do póki cię w niej nie zobaczę - powiedziała stanowczo. Przeklęłam w myślach i weszłam do przymierzalni.
        Ciuch, jak ciuch. Sukienki mi nie pasują i tego zdania się trzymajmy. Całe życie  w spodniach, miało to pozostać na wieki wieków, ale nie, bo moja kochana przyjaciółka, która dzisiaj ma nawiasem cudowne dwie nogawki, każe wciskać w to co daje lepsze przemieszczanie się. Z drugiej strony wolałabym jednak mieć zaciśnięty tyłek w spodniach niż luźny. Od kiedy Shadow stałaś się taka filozoficzna? Oczywiście, że od zawsze głupie sumienie... Ludzie, gadam sama do siebie w głowie, a moja dyskusja w niej nie ma najmniejszego sensu.
       - Bardziej niż sądziłam - szeroko się uśmiechnęła. Wróciłam i ją szybko ściągnęłam.
- Odwieś to tam, gdzie było..
- Oszalałaś! Bierzesz ją.
- Sukienkę? W życiu!
- Shadow... - Spojrzała na mnie ostro.
- Dobra... Wezmę ją... - Odpowiedziałam zrezygnowana unosząc ręce.
- Jeeeeeej! - Mocno mnie ścisnęła. Zdecydowanie za mocno.
- D-d-dusisz - wydukałam czując, że nie mogę złapać tlenu.
- Dobra idziemy zapłacić i lecimy po moją - pokiwałam głową.
       Szybko zapłaciłyśmy za rzecz oraz poszłyśmy po Rozalii kieckę. Ta kupiła zamiast jednej 5, jak nie więcej, gdyż przymierzała ich tysiące. Potem zaciągnęła mnie siła do sklepu z bielizną. Jest niemożliwa. Siłą również kazała mi jedne komplet kupić.
- Nie wiem po co mi on... - Westchnęłam wychodząc ze sklepu.
- Bo jak już będziesz potrzebować to będziesz miała. Tutaj siadamy? - Spytała mając na horyzoncie kawiarenkę.
- Koniec tej męczarni? Jasne!
- Tylko przerwa - Prychnęła siadając przy jednym ze stolików a na krześle obok znalazły się jej torby.
- Ludzie! Zabierzcie mnie stąd...- Zaczęły się moje gorzkie żale. Wspominałam, że nie cierpię zakupów? Podejrzewam, że napominałam sto pięćdziesiąt razy. Moja kochana przyjaciółka, oczywiście mnie zlała, nawet na mnie nie patrząc gdyż przeglądała coś w torbie.
- Chcesz coś? - zwróciłam na siebie jej uwagę.
- Latte iii... - Chwilę się zastanowiła - Serniczek - poszłam zamówić. Sama wzięłam sobie cappuccino z sernikiem. W czasie oczekiwania na zamówienie Roza się rozgadała na temat jakie to sukienki powinnyśmy założyć na koncert
- A kogo my tu mamy? - Magle na moich ramionach znalazły się dłonie jak wywnioskowałam po głosie Enza, który prawie przyprawił mnie o zawał.
- Jeju! Lorenzo! Chcesz mnie na drugi świat przenieść? - podskoczyłam na siedzeniu.
- Oczywiście, że nie! - Schylił się i od tyłu cmoknął mnie w policzek po czym się wyprostował nadal nie zdejmując dłoni - Kogo bym wtedy drażnił?
- Rudą małpę? - Lekko moje policzki się zaczerwieniłam, ale ukryłam to za włosami. Dziwne, gdyż nigdy w dzieciństwie przez mojego przyjaciela nie rumieniłam.
- Go nie mogę. Śliczne zdjęcia mi przesyła - poczochrał mnie i przysiadł się do nas - Gdzież moje maniery. Lorenzo - Skłonił się Rozie. Ta zachichotała i się przedstawiła rozbawiona.
- Jakie zdjęcia? - zmarszczyłam brwi
- Jak sobie słodziasznie spałaś - Słodko się uśmiechnął w moją stronę.
- Co?! - Wyjął telefon i nie dając mi go do ręki pokazał nam zdjęcie.
- Daj to! On ma za to opieprz a ty tego nie będziesz miał! - Chciałam wziąć telefon
- E e e! - Odciągnął telefon na bezpieczną odległość - Nie ma - puścił mi buziaczka.
- Uduszę go, przysięgam -  wysyczałam zdenerwowana.
- To duś, ale od mojego telefonu wara. Muszę mieć co powiesić nad łóżkiem - cicho się zaśmiał. Spojrzałam na niego jedynie, ale ani słowem się nie odezwałam, a wtedy nasze zamówienie przyszło.
- No to ja w tym czasie sobie przejrzę co se kupiłaś - uśmiechnął się w ten swój sposób i wziął jedną z moich toreb stojących na podłodze na swoje kolana.
- Oddaj to! - Zabrałam mu.
- Dlaczego? - Zdziwił się.
- Nie twój interes co tam jest.
- Nie narzekaj - zabrał mi torbę - Zawsze Ci sprawdzałem szafę i Ci ubrania wybierałem.
- Jak miałam dziesięć lat!
- Kochanie, jak sobie ostatnio słodko spałaś miałem dużo czasu - puścił mi oczka
- Jesteś niemożliwy....
- Przecież żartuję - Poczochrał mnie - A poza tym i tak mnie kochasz - Zajrzał do torby po czym szeroko się uśmiechnął. Strzeliłam facepalm'a na to.
- No, no. To ciekawe co jest głębiej - Zaśmiał się a mi dopiero się przypomniało, że ostatni sklep w jakim byliśmy to sklep z bielizną. W odpowiedzi prychnęłam.
- Tak właściwie, to z jakiej okazji byłaś u naszej Małpki na noc.
- A co zazdrosny?- zabrałam torbę.
- O tego rudzielca? - Prychnął - Nie rozśmieszaj mnie. Po prostu coś wspominał o - spojrzał w telefon - Upojnej nocy - Zacytował po czym schował telefon.
- Cooo... - zaczęłam się śmiać- Upojnej wodą?
- Nocy - Poprawił mnie z uśmiechem
- Sama spałam na dole, a on na górze. Pozdrawiam - nadal się śmiałam.
- Ja tylko przekazuje czego się dowiedziałem - uniósł ręce w geście obronnym.
- Rozbawiłeś mnie. Próbę mieliśmy i się zasiedziałam.
- Przecież nic nie mówię Boska
- Więc ty zostaniesz z Rozą a ja ucieknę daleko? Dzięki, pa - zaczęłam odchodzić
- A idź - prychnął i zwrócił się w stronę białowłosej. Póki miałam okazję ruszyłam w stronę wyjścia z budynku. - Ej! Wracaj tu! - Szybko została zatrzymana przez dziewczynę.
- A miało być tak pięknie...
- Ja tu jestem. Nie może być inaczej - Zaśmiał się chłopak.
- Ale łażenie po sklepach to męczarnia..
- Pomyśl sobie, że dla Rozalii spędzenie tego czasu z tobą to czysta przyjemność
       Westchnęłam głęboko.
- Dobra, zostaję
- I tak wszyscy dobrze wiemy, że to ze względu na mnie kochanie - Uśmiechnął się do niej ironicznie.
- Marz dalej - wystawiłam język. Zanim zdążyłam go schować brunet go złapał palcami
- Następnym razem będzie inaczej Słonko.
- Ta? Mówisz? Wątpię
- Jeszcze zobaczymy - puścił mój język
- Kończmy te męczarnie. Po czarne spodnie i do domu
- Sukienkę - poprawiła mnie Rozalia.
- Boska w sukience? A to nowość - zaśmiał się Lorenzo
- Jedną już mam...
- Właśnie widziałem. Przykryta tym kompletem, ale widziałem - zaśmiał się
- No dzięki
- To idziemy? - Odezwał się chłopak.
- Nie mów, że chcesz iść z nami..
- Będę waszym doradcą - dumnie uniósł głowę - A przy okazji umilę Ci ten czas
- Roza... powiedz mu coś.
- Zobaczę, czy chłopak ma gust - zmierzyła go wzrokiem.
- No widzisz! Idę z wami - zarzucił na mnie ramię. Skrzywiłam się, wszyscy są przeciwko mnie.
- No to w drogę - Enzo wstał i wziął nasze torby
- Czyli za tragarza będziesz robić?
- Jak na mężczyznę przystało - zaśmiał się.
- Heh..
       Białowłosa zabrała nas do jakiegoś sklepu. Oczywiście na wstępie mogli usłyszeć moje narzekanie Zostałam zaprowadzona od razu do przymierzalni i dopiero w niej zobaczyłam z czym mnie wepchała. Obydwoje czekali aż wyjdę.
-Nie wyjdę!
- Shadow. Nie wyjdziemy dopóki Cię w tym nie zobaczę - Mówiła stanowczym tonem nie odmawiającym sprzeciwu.
- Niech Enzo idzie!
- Oczywiście - Zaśmiał się i stanąć tuż obok, ale pół ścianka go kryła. Odsunęłam niczego nieświadoma zasłonę
- Błagam Cię.
- Wychodź no - Jęknęła białowłosa
- Widzisz przecież
- Shadow Hope Bley. Proszę wyjść z tej przymierzalni, ale już - zrobiłam to co kazała. Obejrzała mnie z kilku stron.
- Enzo! - zawołała, a chłopak się pojawił gwiżdżąc.
jg,- No no. Jak dla mnie nieźle - Oparł się o ścianę
- Miałeś sobie iść! Ty kłacmo!
- Nie iść, tylko odejść - Bronił się.
- No przecież na koncercie wszyscy Cię zobaczą. A ktoś musiał mi przekazać opinię.
- W tym nie idę w tym za Rosję, Chiny, Stany i Anglię!
- Dlaczego? - Enzo zrobił swoją minę zbitego psa.
- Bo jest obcisła. A jak się schylę... Nie i koniec.
- Pozwól, że ja to stwierdzę - cwanie się uśmiechnął. Zmroziłam go wzrokiem. Puścił mi buziaczka
- Przecież nie będziesz musiała się schylać
-... Wcale. Żegnam. - zniknęłam za zasłoną.
- Dobra. To następną ja ci wybiorę - powiedział i z tego co słyszałam zniknął, a Roza dalej czekała
- Rozalia, czemu go nie wywaliłaś? To jest wstydliwe..
- Z tego co słyszałam wcześniej to nic takiego się by nie stało
- Ale on miał nigdy nie ujrzeć mnie w takim wydaniu. W ogóle nikt nie miał
- I tak ktoś ujrzy. Jeszcze wspomnisz moje słowa Kochana...
      W tym oto momencie wrócił Lorenzo, który skierował mnie z powrotem do przymierzalni i dopiero kiedy zniknęłam za jej kurtyną wręczył mi sukienkę. Musiałam przyznać - śliczna była. Ściągłam tamtą i ubrałam cudną koronkową czarną sukienkę. Odsunęłam zasłonę i się im pokazałam. Enzo stał w tym samym miejscu co wcześniej również opartu ramieniem o ścianę, a Roza na mój widok zrobiła oczy jak pięć złoty
- Cudna! No powiedz coś! - Zwróciła się do bruneta
- Muszę przyznać jej rację
- Sukienka? Enzo, nie straciłeś gustu.
- To moja cecha wrodzona i nigdy nie zaniknie - prychnął
- Ale będzie leżeć na innej lepiej...
- Nie będzie. Albo ty ją bierzesz, albo sam ci ją kupie - powiedział stanowczo
- Enzo...
- Słucham Ciebie uważnie Boska
- Spodnie są lepsze...
- Nie wykręcisz się
- Wiesz, że sukienki nie są dla mnie, a dla dziewczyn o figurze Rozy..
- Nie wiem nie widziałem jej w sukience -podszedł bliżej i stanął na przeciwko mnie kładąc mi dłonie na ramionach - Ale teraz widzę Ciebie i wyglądasz ślicznie.
       Uśmiechnął się, ale nie tak jak zazwyczaj. Teraz jakoś tak... Ciepło? Szczerze? Spojrzałam w jego oczy. Poczułam jakby niewidzialną siłę, która mnie do jego ciemnych oczu ciągnęła. Świat zaczął się zatrzymywać. Stop. To brzmi jak z taniej komedii romantycznej.
- No dobrze. Wezmę ją.
- No. I głowa do góry-  Puściłam mu oczko i wypchnęłam a następnie się przebrałam - Człowiek z dobrymi intencjami i go odpychają jak zawsze - prychnął.
- Ja tu marudzę!
- Bo kobiety zawsze marudzą!
- Roza, trzepnij go!- Dziewczyna z uśmiechem spełniła polecenie.
- I w dodatku brutalne! A to ode mnie - uderzyłam go w tył głowy wychodząc.
- A to ode mnie - Klepnął mnie w tyłek kiedy go mijałam.
- Nie pozwalaj sobie.
- I tak mnie uwielbiasz. No powiesz. czy zrobiłabyś coś taj buźce? - zrobił minę zbitego psa Westchnęłam płacąc za sukienkę. Ekspedientka się uśmiechnęła widząc sukienkę.
- Widzę, że twój chłopak odpowiednią znalazł.
- Ależ oczywiście - z uśmiechem podszedł i mnie objął Spojrzałam na niego z dziwną miną - Widziała jak szukałem sukienki i z tą do ciebie szedłem - powiedział kiedy wychodziliśmy.
- Chłopak? -Uniosłam brew
- Jak dla mnie Leoś czegoś szuka też się od razu domyślają - wtrąciła Roza
- No widzisz?
- Ale Leo jest twoim chłopakiem, Enzo moim przyjacielem.
- Ale otoczenie tego nie wie Boska.
- Nie dziwię się, skoro mnie obejmujesz- Na Rozalię również zarzucił ramie
- To niech myślą, że jestem rozchwytywany - dumnie uniósł głowę.
- Leo mi wystarczy, ale Shadow.. - śmiała się nawet, gdy mroziłam wzrokiem
- Ona też jest rozchwytywana - zaśmiał się.
- ale ja mam ten zaszczyt
- I co się śmiejesz? - dźgnął mnie
- To ona się śmieje! Dlaczego mnie dźgasz?
- No jak tylko ciebie? -Rozę zaatakował
- Ej! Shadow sobie trykaj -ciągle się śmiała.
 -Widzisz? zezwolenie mam -znów mnie dźgnął
- Idź se!
- Nie uciekniesz mi - Szybko wziął mnie na ręce i jeszcze lekko podrzucił poprawiając
 -Mówiłam już, że jesteś niemożliwy?
- Pf. Ile razy się tego od Ciebie nasłuchałem.
- I pewnie drugie tyle się nasłuchasz.
- Nawet jak będę zdychać i będą to moje ostatnie godziny pewnie również usłyszę
- To raczej na 100% pewne.
- Ja to wiem już od dawna
- No to dobrze, ze wiesz
       Teoretycznie na tym zakupy się skończyły, w praktyce Enzo nas obie odprowadził po same drzwi. Pożegnałam się, a przez resztę dnia ogarnął mnie leń...
       Następnego dnia, po szkole, razem z Irys poszłam tam, gdzie miał się odbywać koncert. Na tablicy ogłoszeń spostrzegłyśmy listę, na której było rozporządzone kto kiedy gra oraz przygotowania. Dzisiaj postanowiłyśmy zrobić swoją część, więc wzięłyśmy się do pracy. Z jednej strony, jakby nie patrzeć było tego niewiele.
       Po skończeniu wróciłam do domu. Byłam okropnie zmęczona, więc gdy tylko opadłam na łóżko- usnęłam.

No jest! Z lekkim poślizgiem ale jest. Zapraszam do komentowania i obserwatorow ;*







środa, 18 listopada 2015

Spolier rozdziału 21.




Zakupy z Rozalią potrafią być męczące, ale co jest gdy spotka się osobę i ta męczarnia staje się lekko krępująca?
Może i przesadzam, może nie, lecz te zakupy miały swój magiczny moment, a jaki... To już przeczytacie sami.



sobota, 31 października 2015

Rozdział 20

      Zwijałam się na kanapie Kastiela ze śmiechu, o mały włos z niej nie spadając. Obok mnie siedział Lys w podobnym stanie.
- Oddawaj to głupi czubku! - krzyknął Kastiel do uciekającego Ricka z jego gitarą. Oto powód naszego rozbawienia. Gonili się tak od jakiegoś czasu.
- Zapomnij! Najpierw oddaj moje pałeczki - krzyknął, jak dzieci- pomyślałam. Po raz kolejny wybuchnęłam śmiechem, gdy Rick wylał na Kasa wodę. Ten wściekły wziął porzeczkowy do którego chciał wpakować pałeczki, ale właściciel go popchnął, wcześniej odstawiając gitarę, i razem polecieli wraz z sokiem, który oblał ich oboje, a następnie się stłukł.
- Gratuluję panowie, zmarnowaliście dobry napój - wstałam teatralnie ocierając łzę z policzka stojąc przed nimi.
- Nie śmiej się - mruknęli w tym samym czasie, a później wymienili porozumiewawcze spojrzenia i wstali z wrednym uśmiechem kierowanym do mnie.
- O co chodzi?- Zapytałam cofając się.
- Nic, czemu się cofasz?- zadał pytanie Rick, razem z gitarzystą do mnie podchodząc.
- Ja...?- Podrapałam się po karku. - Wcale się nie cofam.
- Ah to dobrze - powiedział ten drugi biorąc mnie z dwóch stron pod ręce - Znasz takie przysłowie ' Nie śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku, a dziadek się śmiał i tak samo miał?' - obydwoje mieli wredne uśmieszki, gdzieś mnie niosąc.
- Znam, ale co ma jedno do drugiego?
- Zaraz się przekonasz - wepchnęli mnie do łazienki a później odkręcili prysznic i mnie nim polali.
- Dziękuję wam chłopcy, tego mi było trzeba - powiedziałam z widocznym sarkazmem, cała ociekając wodą.
       Dopiero, gdy jako tako wyschliśmy, mogliśmy zaczynać próbę. Razem z Lysandrem pokazaliśmy piosenki, które razem stworzyliśmy. Pozostali członkowie zespołu spojrzeli na to i poprosili o chwilę zastanowienia, by mogli swoje instrumenty włączyć. Wcześniej zagraliśmy im to, by było im łatwiej.
       Po jakimś czasie próby, postanowiliśmy zrobić krótką przerwę. Gitarzysta wraz perkusistą, poszli nakarmić tego pierwszego, raka płuc zostawiając mnie samą z Lysandrem, który aktualnie pił wodę. Podeszłam do niego po cichu kładąc dłoń na ramieniu na  co podskoczył.
- Możemy porozmawiać? - Zapytałam niepewnie.
- Jasne, usiądźmy - wskazał na sofę i tak zrobiliśmy.
- To co zaszło wczoraj...- Zaczęłam dość niepewnie.
- Nie ma o czym mówić. Nic do ciebie nie czuję - uśmiechnął się do mnie.
- Nawet nie wiesz jak to mnie cieszy - wyszczerzyłam się, a wtedy chłopaki wrócili. Co oznaczało jedno - koniec przerwy.
       I tak oto próba po kilku godzinach dobiegła końca. Rick wyleciał z niej jakby miał w spodniach węgorza a za nim nasz wspaniały wokalista. Ja natomiast siedziałam rozwalona na kanapie z nogami na oparciu popijając wodę.
- Nie za dobrze ci? Może jeszcze masaż chcesz, co? - Uniósł brew właściciel stojąc nade mną.
- Jak ty mnie dobrze znasz - wyszczerzyłam się patrząc na niego swoim słodkim wzrokiem.
- Pomarz sobie dalej dziewczynko, suń dupę - zwalił moje nogi.
- Ej! Jak mogłeś zwalić? - wzruszył ramionami. - Okejka - położyłam skrzyżowane nogi na jego ramieniu. - Teraz jest okej.
- No chyba nie. W głowie ci się coś pomieszało - zawalił je, przez co oblałam się wodą. Wybuchł śmiechem.
- A idź, ty... - Mruknęłam. Po moim fochu i wzajemnym dokuczaniu rozpoczęliśmy jakąś sensowną rozmowę.
       Naszą rozmowę przerwał esemes od Titi, który mnie uzmysłowił, że jest po północy.
- Teraz po nocy cię nie puszczę - stwierdził Kas - Wolny pokój jest.
- Ale...
- I nie sprzeciwiaj się. Jest późno. Nigdzie się włóczyć nie będziesz- wepchnął mi się w słowo.- Głodna? - mój brzuch się za mnie odezwał - No to idziemy jeść - pociągnął mnie do kuchni i otworzył lodówkę, która była z lekka uboga i posiadała promile, ale to nieistotne. - Tosty? Pasuje?
- Yhym... - Usłyszał w odpowiedzi. - No to do roboty - nie obyło się od ubrudzenia połowy kuchni, więc gdy tylko zjedliśmy. zabraliśmy się do sprzątania.
       Tego wieczoru dostałam jeszcze wiadomość od Rozalii. Nie z zapytaniem, a oznajmieniem o jutrzejszych zakupach. Czym zawiniłam. Nie wiem. Po ubraniu koszulki Kasa położyła się pod kołdrę a chwilę później byłam w ramionach Morfeusza.


****

Wena powróciła. Cieszmy się i radujmy! 
Mam do Was malutką prośbę.
Każdy kto czyta niech zaobserwuje blog, po prawej stronie >>
oraz w miarę możliwości, kto czyta, czeka lub kto wie co jeszcze
niech napisze komentarz.
 Dla Was to chwila, a ja wiem, że mam dla kogo pisać.
Za niedługo powinien się pojawić rozdział na moim drugim blogu prowadzonym razem z Wathewą.
Postaram się dodawać posty regularnie.
No to tyle.
Do napisania ;*